poniedziałek, 7 lipca 2008

No jestem, jestem!

Lubię Warszawę, bo:

- Pola Mokotowskie są naprawdę git

- metrem jeździ się bez problemu, bo jest tylko jedna linia i nawet moja Mama by się nie zgubiła

- można zobaczyć ludzi z telewizji

Nie lubię Warszawy, bo:

- tam mieszkają Warszawiacy

Warszawa Warszawą, ale weekend spędziłam na pięknej Lubelszczyźnie. Jadłam czereśnie i piłam piwo. Pojechaliśmy nawet nad jezioro, gdzie - jak to zwykle bywa na plaży - odbył się wielki festyn cellulitu i rozstępów, w którym nie chciałam brać udziału i siedziałam sobie w ciuchach na kocu rozwiązując sudoku. Ale opaliłam sobie nos i stopy.

A wieczorem grill i tańce przy ukraińskim popie.

Od Babci przywiozłam jajka, mleko i kwiatka z ogrodu do zasadzenia na balkon. Jajko się potłukło, mleko skwaśniało a kwiatek padł.

Ale co się najadłam tych czereśni, to moje :)

a fotka zrobiona FEDem :)

6 komentarzy:

asia wu pisze...

Noo, ostatnio w drodze do Warszawy jechalam z koscielnym z Plebanii. Ba, nawet podsiadl mnie :P A w Rock Cafe byl jeden z mlodszej czesci Na Wspolnej (dzieki mojej mamie wiem kto jest kto :P). Pelen lans :P

Iga pisze...

Ja widziałam Pospieszalskiego, to ten łysy koleś, który prowadzi program na dwójce, którego nikt nie ogląda.

asia wu pisze...

x lat temu jak czekalam na przesiadke na Dworcu Centralnym Marian Opania wcinal kolo mnie kielbase. I jeszcze Camele kupil. A moze to bylo w Krakowie? W kazdym razie - haj lajf :P

Nie mowiac o tym, ze calowalam sie z Michaelem Scofieldem :P

Anonimowy pisze...

Czereśnie popijane browarem. Stomach of steel. Ja raz czekałem na pociąg z Pudzianem. Ale rozumiem że to żaden wypas przy waszych gwiazdach telenowel... :/

Joanna K.-P. pisze...

O, a ja widziałam kiedyś Maćka Stuhra i prawie porzuciłam Michała, żeby za młodym blondynkiem pobiec, ale jakimś cudem się powstrzymałam. A we Wrocławiu widziałam wf-istę z Dużej Przerwy (hihi, ni cholery nie pamiętam jak się nazywa!). Nie mówiąc o tym, że ze znaną z Na wspólnej kobitą jestem w konkursie Osieckiej :) I to już wszystkiego moje dokonania z lansem w tle. Chociaż nie, bo dwa razy śpiewałam na festiwalu filmów, ale patrzyłam wtedy na wszystkich z góry i nawet się otrzeć o Chyrę nie mogłam :(

Warszawy nie lubię. Z tego samego powodu co Ty, oczywiście.

PS. A jak Twój żołądek przeżył mieszankę czereśniowo-piwną?

bez zeba pisze...

A ja ostatnio widziałem w Warszawie Pata Methenego... serio!!!