Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lipca 2010

Lipiec i ciężka praca

Nadszedł lipiec a wraz z nim pierdylion stopni w cieniu i ciężka praca ludzi niosących światu informację. A jest o czym informować, bo do Gdyni znów zawitał Open'er.

Niewiele zatem myśląc ruszyłam żwawo w drogę na Babie Doły, gdzie dotarłam po 2 godzinach podróży ze spoconymi ludźmi.

A na miejscu ciężka, wytężona praca.

Ciężka, ciężka praca.


Był tam również Sh. jednak tym razem jako swoje alter ego. Efekty jego pracy zobaczycie TUTAJ.

A na Festiwalu fenomenalne Skunk Anansie, niedobra kiełbasa z grilla, pokazy mody, woda o smaku piwa, gubienie się ludziom, odnajdywanie ludzi, niekończące się wędrówki i pomarańczowy księżyc.
A także Kuba, który woził moją szanowną osobę przez trzy dni do domu. Efekty jego pracy znajdziecie TUTAJ.


A lipiec toczy się dalej, co widać bardzo wyraźnie na mojej ścianie w kuchni:



Tylkowski jak zwykle się nie myli. Dobrze wie, że jutro przyjeżdża Pegaz i że będziemy opalać swoje obłe ciała.

I zakwitła mi pierwsza maciejka. Więc szkoda czasu na komputer. Idę ją afirmować na balkonie!

sobota, 29 maja 2010

Juwena, juwenus, juwenum, juwenalia.

Bo kto by patrzył w metrykę, gdy chodzi o KULT, na którego koncercie byłyśmy z Kasią - co widać wyraźnie na zdjęciach.



Chociaż wśród zgromadzonych tylko Kazik Staszewski był starszy od nas, to zabawa była przednia!


A jak już o tym panu, to...

Dał mi autograf! :D


A to, że białym markerem na białej plakietce, to kompletnie nie ma znaczenia :) Autograf jest i każdemu, kto spróbuje to zakwestionować, pokażę tę plakietkę w ultrafiolecie.


A jutro HEY! :)

poniedziałek, 10 maja 2010

Indianin w Paryżu. Iga w Łodzi, post patriotyczny.



Jasne.
Można by się było chwalić. Że Łódź, że tydzień mody, że kamera i mikrofon i kartka z napisem PRESS.
Ale trudno tu udawać czołową polską reporterkę, bo dobrze mnie znacie i nie zdziwi Was np. to, że podczas jednego z pokazów nie zrobiłam ani jednego zdjęcia, bo zapomniałam włożyć baterię do aparatu.

W Łodzi (mieście pięknych, studenckich lat Sową) byłam po raz pierwszy. Mimo, że byłam na obcej (choć obiecanej) ziemi to postanowiłam pozostać sobą.
Od razu zaprzyjaźniłam się więc z panem Zdzisławem taksówkarzem, który opowiadał mi sprośne dowcipy o sprzedawcach ziemniaków i zakosiłam z hotelu małe buteleczki z szamponem i żelem dla Pegaza. Bo klasy się po prosu nie da wyzbyć.


Relacja z moich dziennikarskich dokonań, o których mówić będą pokolenia, znajduje się zupełnie gdzie indziej, ale muszę tu chociaż napomknąć o tym, jakie to jest fantastyczne miasto. Gdy zobaczyłam przedwojenne fabryki z witrażami, kotłami, zegarami, hakami, dźwigami, w których normalnie odbywały się pokazy, impreza i koncert, to odpadłam.


Wszystko pięknie, jednak po codziennym patrzeniu na modelki, projektantki, stylistów i ludzi z tzw. branży, jakkolwiek pod tymi fantazyjnymi grzywkami, kośćmi policzkowymi i dziwnymi ubraniami z pewnością są sympatyczne osoby, to bardzo potrzebowałam powrotu do mojej ukochanej rzeczywistości w Gdańsku.

Więc, gdy przyjechałam Sh. zawiózł mnie do Maca. I opowiedział mi o tym, jak wkręcił sobie na Iron Manie w kinie, że współodczuwa z bohaterami filmu i tak się wzruszył, że napisał do rodziców smsa: "kocham was". Od rana dzwonili do niego, a jak w końcu odebrał, to jego Mama powiedziała: "myśleliśmy, że popełniłeś samobójstwo!". Myślałam, że umrę ze śmiechu.

ALE!

Co tam tydzień mody w Łodzi! Do Maca wróciły kręcone frytki!

piątek, 5 marca 2010

Śpiewaj i walcz

Z A., która pięknie śpiewa, widzę się rzadko. Ale jak już się widzimy, to bardzo intensywnie ;)

Oglądałyśmy głupie programy (patrz tytuł), jadłyśmy chipsy i ciastka utyskując na figurę serialowej Majki, rozmawiając o rewelacjach wyczytanych niegdyś w "Bravo" i czesząc Biankę.

"Śpiewaj i walcz" nie tylko głupotę tytułu dzieli z TVN-owskim gniotem "Kochaj i tańcz". Chaos, fatalna scenografia, dynamika programu wprost z komisji gier i zakładów - bardziej "Patrz i płacz".

Ale!
Aby ratować poziom artystyczny wieczoru, zaintonowałyśmy w duecie "Kiedyś byłam różą" Kayah i było to piękne. Jak śpiewałam to potem Pegazowi przez telefon, to wydawało mi się, że płacze, więc pewnie go to poruszyło.


Na weekend zostaję w muzycznych klimatach, bo wybieram się PROSZĘ JA WAS DO WARSZAWY na koncert.


Stolico, Krzysztofie Ibiszu, nadchodzę!

piątek, 15 stycznia 2010

Debiut

Stało się. Wczoraj wieczorem miał miejsce mój debiut sceniczny.



Diabeł ode mnie z pracy (a jednocześnie wokalista) przedstawił mnie jako dziewczynę o ognistych włosach, która nigdy nie przyszła na próbę i trudno mu nie przyznać tutaj racji.

Problem jednak został rozwiązany. Ponieważ stojąc zaraz pod sceną łączyłam się telepatycznie z drugim wokalistą, który śpiewał moim głosem, tylko lepiej, a ja skupiałam się na wyglądaniu.
Uważam, że spokojnie mogłabym zostać kaszubską Beatą Kozidrak, bo koncert powalił na kolana.
Także Diabła, który dzisiaj w pracy wyglądał bardzo niewyraźnie.


Bo - jak to się mówi - wielko gwiazdo trzeba się urodzić.

niedziela, 8 listopada 2009

Taką wodą być

...co otuli ciebie całą.

Sh. zabrał mnie i Z. do Ucha na Happysad.

Stał tam cały wniebowzięty w otoczeniu spoconych szesnastolatek. Jednak rozentuzjazmowane dziewczyny były zbyt podniecone faktem, że już 21 a one nadal są poza domem i właśnie piją prawdziwe piwo, by zwrócić na niego uwagę.

Nie pomogło nawet moje "Szrek, czy to twój motor na zewnątrz, ten duży i czerwony??" wypowiedziane tak, że słyszała nawet szatniarka ani, gdy jakiś obcy koleś podszedł do niego i zapytał "Łukasz Unterschuetz z trojmiasto.pl? Świetne foty!" (sądzimy z Z., że Sh. mu wcześniej za to zapłacił)

Więc Sh. zrezygnowany postał z nami chwilę na najlepszym koncercie HS, na jakim byłam, po czym się zmył, a my zostałyśmy same wśród gimnazjalistów.
Eh, poczułyśmy się o 2 lata młodsze - jakbyśmy też miały te 16 lat!

A potem już jak dorosłe damy bujnęłyśmy się SKMką do domu.

niedziela, 11 października 2009

Jestem złym człowiekiem

Bo gdy Kasia umawiała się ze mną na wczorajszy wieczór, nie wiedziała, jakie są moje prawdziwe intencje.
A zastała u mnie górę słoików i 5 kg dyni.


Dwa piwa i jedna żołądkowa gorzka później miałyśmy 14 słoików :)

I pojechałyśmy na KULT.

Można?
Można ;)

piątek, 11 września 2009

O pracy, słonecznikach, "Bękartach wojny" i najdłuższych urodzinach świata

Moja praca nadal jest najlepsza na świecie.
Czasem spotykamy się także po niej. Jak np. w środę, gdy poszliśmy na koncert naszego kolegi z redkacji.
Ten kawałek zapowiedział mówiąc, że napisał ją Jacek Skubikowski, a początkowo miała wykonać ją Irena Santor:



Stoczyliśmy tam bitwę pod Grunwaldem. 1410 - 1 kostka drożdży, 4 kg cukru i 10 l wody.
Rano więc przyszłam z taaaaaką dużą głową i...
dostałam taaaaakiego dużego słonecznika :)


A skoro moja praca jest najlepsza na świecie, to musieliśmy przecież dostać zaproszenia na przedpremierowy pokaz "Bękartów wojny" Tarantino.

Na filmach się nie znam, filmów nie lubię i rzadko kiedy oglądam, więc jak ja Wam tu i teraz powiem, że "ooo idźcie, musicie, koniecznie", to nikt z Was tyłka nie ruszy.
Ale jak przeczytacie recenzję Tomka chłopaka z sąsiedztwa, która ukazała się na głównej stronie wp.pl, to już nikt nie powinien się wahać.

Po powrocie do domu jeszcze długo nie mogłam się uspokoić, dopiero Pegazowi się udało za pomocą najlepszego prezentu na świecie.

I tak o. Skończyły się moje urodziny :)
Jutro znowu je celebrujemy. Ale nie ma co się dziwić - osiemnastkę obchodzę tylko raz w życiu!


p.s. dziękuję Wam za życzenia :)
Sh. zapomniał, ale ma dla mnie prezent, więc też się liczy.

wtorek, 4 sierpnia 2009

To have and to hold

Chociaż już nie myślę o przyszłości jak kiedyś, to ten jeden raz zrobiłam wyjątek i już pomyślałam o prezencie walentynkowym dla siebie:

TAAAAAAAAAAADAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAM

Robię sobie Black Celebration :)(:

Kto ze mną?

wtorek, 7 lipca 2009

Superbohaterowie

Cokolwiek robią - robią to najlepiej. A wszystko, co robią, jest najlepsze na świecie.


Więc byłam na Openerze.


I Pegaz był ze mną.

Na zlot żaglowców przyjechała Sowa ze swoimi znajomymi, więc w czwartek wieczorem uskutecznialiśmy małą integrację na polu namiotowym, na które wkradliśmy się z Pegazem używając naszych supermocy (wejściówek znajomych Sowy).

A nad ranem łapaliśmy na bosaka wschód słońca.

Aż przechyliliśmy horyzont.

Myślę, że we dwójkę ustaliliśmy standardy Super-Śniadania.
I wyzywam każdego na pojedynek na śniadania, bo nie wierzę, że ktoś kiedyś miał lepsze, od tamtego naszego na kocyku nad morzem.


Skoro już kupiliśmy bilety, to zahaczyliśmy o gdyńskie lotnisko i Openera, gdzie spędziliśmy 80% czasu stojąc w przeróżnych kolejkach a ja rozleciałam się na kawałki na koncercie Mobiego.

Poszliśmy na kino letnie na molo na "Slumdoga", gdzie po tym, jak wszyscy rozsadowili się wygodnie na leżakach, lunął deszcz. Na miejscu została tylko dwójka chichrających się superbohaterów zakryta folią i pijąca najpaskudniejsze wino na świecie z plastikowych kieliszków.

Razem tapetowaliśmy mój pokój, przy czym o mało co nie doszło do rękoczynów :)

Dziś Pegaza już nie ma i nie mam już supermocy.

czwartek, 11 czerwca 2009

Iga na motocyklu

Po dość depresyjnym wypadzie na film, podczas którego starałam sama siebie przekonać, że samotne wyjście do kina jest super, miałam naprawdę udany wieczór.

Sh. zabrał mnie ze sobą na koncert do Ucha.

Super było być na koncercie, gdzie średnia wieku nie jest niższa od mojego o 10 lat. Ale szybko się zmyliśmy, bo Sh. powiedział, że "ma zbyt niską tolerancję na nagie spocone ciała ocierające się o niego".

Ale najważniejsze, najważniejsze!
Jechaliśmy motorem!!!!
Ja pierwszy raz w życiu :)

Jazda motocyklem jest jak przejażdżka kolejką górską.
Jest ci niedobrze, czujesz, że zaraz umrzesz, chcesz, żeby już się skończyło, a gdy jest już po wszystkim, chcesz jeszcze raz.

Teraz chodzę jak cowboy, ale było super!
A w drodze powrotnej nawet otworzyłam oczy!

niedziela, 17 maja 2009

Po!

Obecna!

Lecimy, lecimy z tym koksem, muszę iść spać, bo ostatnie cztery dni mnie zniszczyły. Wszystko fajnie, ale w moim wieku (jestem stara) to już nie jest takie łatwe. Po czterech dniach czyli czterech zapiekankach, kilku podróbach RedBulla, czterech godzinach snu i bliżej nieokreślonej ilości alkoholu czuję się trochę słabo i włosy mi się puszą.

Zatem zaczynamy:

Cała Korto zaczyna się zawsze Paradą Wydziałów, czyli spokojnym przejściem grupy studentów po ulicach Olsztyna ze śpiewem na ustach, tak o:



(a przyśpiewki są przeróżne, składają się głównie ze słów: geodezja, kortowiada, UWM, juwenalia, genitalia, patomorfologia i jamochłony)



Było wszystko, co na każdej szanującej się Kortowiadzie być powinno.

Beznadziejna pogoda.


Wizyta w punkcie ratunkowym na reanimacji (by Bobą)


Robienie wiochy w miejscach publicznych (by Bobą)


Żanet Kaleta czyli najbardziej irytująca radiowa położna w kraju + hel z balona







;DDD

Super koncerty.


Słynne olsztyńskie zapiekanki.

(w rzeczywistości wyglądają apetyczniej)


Składanie zeznań (by Bobą)


Wspólne wędrówki po Kortowie.

(jakie to nieszczęście, że Biedronka jest tak daleko :/)



I wcale nie byłam najstarsza! :D


No co Wam będę opowiadać, tam po prostu trzeba być, żeby to zrozumieć :)




I już, już, koniec, wracamy do rzeczywistości!

sobota, 9 maja 2009

Jeszcze o Dodzie


Z racji mojej pracy obcowanie ze słynnymi ludźmi nie powinno mnie ruszać. Jednak pamiętam, jak stałam z rozdziawioną buzią, gdy spotkałam Dodę w So.
Ha! Tak na marginesie, zwietrzały metal okazał się być Nergalem z deathmetalowej grupy Behemoth. W środę Super Express z Faktem donosiły o ich wtorkowej randce domyślając się, że to jednorazowa prowokacja. I nie wiedziały, że pewna (szanowna) pani redaktor widziała ich razem już parę dni wcześniej ;)
Ale co ja się będę podniecać Dodą? Idę sobie dzisiaj spokojnie po molo z moją Mamą a tu nagle słyszę niewiarygodnie dobry wokal...

Przypadkiem natknęłam się na koncert A., która pięknie śpiewa i narobiłam wiochy najgłośniejszymi brawami :)

A teraz uderzam na nocną plażę z piękną A.
Wysłałam ją do sklepu po alkohol a ona wróciła z trzema Reddsami.
Eh :)

środa, 29 kwietnia 2009

Rzeczy, które sprawiają, że chcę umrzeć: jazz

Jazz to jedna z tych rzeczy, do których lubienia po prostu wypada się przyznać.
Jak Trójka, której nie da się zdzierżyć, Rzeczpospolita, której nijak nie da się przeczytać czy filmy Woodego Allena tak nudne, że mamy ochotę się zastrzelić.

Dostałam dziś podwójne zaproszenie do Pokładu w Gdyni i w ramach "idę, bo za darmo" zabrałam ze sobą P., który pomógł mi to przeżyć.


Więc jazz.
Bez początku, końca, rytmu, melodii i słów. Dobre 10 minut czekałam aż przestaną stroić instrumenty i zaczną grać, aż P. powiedział, że to już jest koncert i tak właśnie to będzie wyglądać.

Wieczór i tak był super, bo wszystko jest lepsze niż siedzenie w domu.
Poza tym dla kogoś, kto musiał słuchać w domu Eski Nord przez bardzo długi czas, nawet jazz nie jest taki straszny.


No i bardzo ważny komunikat:

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Palma

Bianka ma swoją palmę na takim długim patyku. Wyżarła z niej już prawie wszystkie pióra.
Tylko, że palma jej dopiero odbije, jak wyjedziemy na Święta. I tu wielka prośba do pięknej A., aby w Wielką Sobotę ze świętymi jajkami i świętą kiełbasą przyszła ją ukochać :) (i posprzątać w kuwecie)


Już trochę tradycyjnie poszłam wczoraj na koncert Lipali do Parlamentu.
A że w bluzce z pandą wśród długowłosych metali wyglądałam jak wariatka?

Bywa.

poniedziałek, 30 marca 2009

"Wszyscy mówią mi, że kiedyś przyjdą lepsze dni

Ktoś na dobre zmieni mnie,
Czekam na ten dzieeeeeeeń."


W ramach akcji "Marzec miesiącem koncertów", którą medialnym, strategicznym i jak najbardziej honorowym patronatem objął Sh., byłam wczoraj na Ani De w Parlamencie.

Było bardzo fajnie. A potem zaczęła mnie boleć głowa i już nie było tak fajnie i se pojechałam do domu.

A Bianka właśnie w ramach akcji "Obudźmy Agę, żeby potem opieprzyła Igę" gania po domu za reklamówką.

wtorek, 24 marca 2009

Daj mi chwilę, chociaż tyle. (Ale nie zostawiaj nigdy już)

Można nie lubić Justyny Steczkowskiej. Za to, że ma takie fantastyczne nogi, które kręcą M. i tak idealne sztuczne piersi. I że jej włosy wyglądają tak, jak moje nigdy przenigdy nie zdołają.
To są dobre, mocne argumenty przeciwko niej.

Niestety wszystkie są nic niewarte, gdy ona wyjdzie na scenę i zacznie śpiewać. Można jej nie lubić, ale nie można nie przyznać, że ma genialny głos.
(Ok. Tomek chłopak z sąsiedztwa w ramach "prawdziwy rock skończył się, gdy Kurt Cobain umarł", jako jedyny może. Chociaż już nie pamiętam dokładnie naszej rozmowy i nie wiem, co rock ma do Justyny)

I to był mój wieczór pożegnalny z Kateriną, która jutro po niemal sześciu latach w Trójmieście wyprowadza się do Warszawy, żeby machać mi do kamery, gdy będą nagrywać Dzień Dobry TVN.

Od dwóch tygodni śpię po 6 godzin. I co, można?
Można.

sobota, 21 marca 2009

Pierwszy dzień

No Kochani, jak my porządnie nie zatopimy tej Marzanny dzisiaj, to ta zima w życiu się nie skończy. Dlatego chwalę takie obywatelskie inicjatywy, jaka wyszła dziś od Rambów: zalewamy!

Więc dziś z Bobą idziemy do nich uzbrojeni po zęby przeganiać tę zimę. I robię to dla Was, żeby nie było.

niedziela, 15 marca 2009

Moralne salto w Gdyni

Kto powiedział, że nie można chodzić w pojedynkę na koncert?
Fakt, to straszna nuda. Zważając na fakt, że koncert miał się zacząć o 19 a zaczął się o 20:30 i coś trzeba było ze sobą zrobić..
A pech chciał, że akurat stał tam koleś i sprzedawał gadżety Strachów, więc czy byłabym sobą, gdybym czegoś nie kupiła?

Może to żałosne, że kupuję coś takiego samej sobie, ale hej, mówimy o kimś, kto chodzi sam na koncerty.

Zostałam tradycyjnie zdeptana, wyszturchana i oblana piwem.
A w piątek powtórka :)


Ale może pójdziesz tym razem ze mną, co?