Trzydzieści dni słuchania o świętach, które przyjdą za kilka tygodni i potrwają tylko kilka dni.
Trzydzieści dni "w tym wietrze z syfu z listopada".
A potem udałyśmy się do Irisha, gdzie z rozrzewnieniem wspominałyśmy panieński Pięknej A., po którym wychodziłyśmy z klubu na czworakach.
Za wygraną (po którą szłam wśród pokrzykiwania Sh. "pokaż cycki!!") musiałam kupić mu i Kubie budyń. Bo zaczęli szemrać, że sława i kasa zmieniły mnie tak, że pewnie teraz rzucę Pegaza i zacznę brać narkotyki.
Była kupa śmiechu.
(dzięki Sh. wreszcie na tym blogu pokazały się zdjęcia, które nie sprawiają, że chce się umrzeć)
(I wracamy do znanej nam jakości zdjęć)



I jeszcze zdjęcie szynszyli (szynszyla?) A., która pięknie śpiewa, żeby nie było, że byłam, głaskałam, zjadłam cała czekoladę, a na blogu nie napisałam: