Dwa razy.
Dziś Pegaza już nie ma.




I jeszcze zdjęcie szynszyli (szynszyla?) A., która pięknie śpiewa, żeby nie było, że byłam, głaskałam, zjadłam cała czekoladę, a na blogu nie napisałam:
(tu suszone morele nadziewane migdałami i zatopione w miodzie)
Przyjechał także po to, by siedzieć ze mną na terenie Stoczni Gdańskiej na trawie, pod gwiazdami, gdzie Ennio Morricone dyrygował orkiestrą i chórem specjalnie dla nas.
A Bianka oczywiście ze mną.

Weekend w E. jak zwykle pracowity.
Robiłyśmy malowanie, podlewałyśmy ogródek, paliłyśmy ognisko, wydałyśmy wszystkie pieniądze na ciuchy, ćwiczyłyśmy jogę, aż coś mi strzeliło w krzyżu, oglądałyśmy Dodę z Nergalem w Sopocie i zrobiłyśmy górę naleśników.
A potem zasłużony odpoczynek.
I wróciłam do Bianki.
A Kasia Wilk na festiwalu była genialna. Nawet z tym kapciem z gipsu.
I oboje stwierdziliśmy, że przecież nie lubimy ryby i zjedliśmy normalną szamę, która kosztowała połowę naszych pensji.
I storczyk znowu mi zakwitł.
Od NFZ, pizzerii Planeta, Leclerca, producenta okien i pięknej A. wprost znad jakiegoś jeziora za granicą!
Tak, nadal nie mam aparatu i będę Was raczyć takimi fotami.