poniedziałek, 5 lipca 2010

Lipiec i ciężka praca

Nadszedł lipiec a wraz z nim pierdylion stopni w cieniu i ciężka praca ludzi niosących światu informację. A jest o czym informować, bo do Gdyni znów zawitał Open'er.

Niewiele zatem myśląc ruszyłam żwawo w drogę na Babie Doły, gdzie dotarłam po 2 godzinach podróży ze spoconymi ludźmi.

A na miejscu ciężka, wytężona praca.

Ciężka, ciężka praca.


Był tam również Sh. jednak tym razem jako swoje alter ego. Efekty jego pracy zobaczycie TUTAJ.

A na Festiwalu fenomenalne Skunk Anansie, niedobra kiełbasa z grilla, pokazy mody, woda o smaku piwa, gubienie się ludziom, odnajdywanie ludzi, niekończące się wędrówki i pomarańczowy księżyc.
A także Kuba, który woził moją szanowną osobę przez trzy dni do domu. Efekty jego pracy znajdziecie TUTAJ.


A lipiec toczy się dalej, co widać bardzo wyraźnie na mojej ścianie w kuchni:



Tylkowski jak zwykle się nie myli. Dobrze wie, że jutro przyjeżdża Pegaz i że będziemy opalać swoje obłe ciała.

I zakwitła mi pierwsza maciejka. Więc szkoda czasu na komputer. Idę ją afirmować na balkonie!

niedziela, 27 czerwca 2010

Trójmiejskie lato

Trójmiejskie lato otworzyły gdyńskie CudaWianki na których razem z Kasią przewiałyśmy sobie nery, wymyślałyśmy nazwy dla naszych łodzi, które kiedyś będziemy mieć i zastanawiałyśmy się, jak dostaje się pracę na poczcie.



W niedzielę także udało mi się pobyć z ludźmi, bo Sh. zaprosł mnie do siebie na oglądanie debaty. I odpowiednio się podczas niej znieczuliliśmy, żeby więcej zrozumieć.
Nie zadziałało :)






A Sh. ma śmieszną opaleniznę.

A ja mam akredytację na Opener'a widzimy się za tydzień w Kosakowie!! :))

czwartek, 24 czerwca 2010

Ten dzień przywitał nas

Ten dzień przede wszystkim przywitał nas wiadomością o tym, że inwestorom przypadnie na głowę po mniej akcji Tauronu i że Anna Mucha odchodzi z "You Can Dance". Potem wszystko biegło swoim torem.


Piłkarzyki w pracy, piłkarze w TV i zgadywanie, czy to Słowacja, czy Słowenia. Zaskoczenie, gdy okazało się, że Japończycy nie dość, że znają piłkę nożną, to w dodatku potrafią w nią grać.
Przeklikiwanie się przez tysiące bezsensownych stron w internecie. Dziewiętnastokrotne odświeżanie FaceBooka, żeby sprawdzić, co u ludzi. Rozciąganie wypranych skarpet. Jedzenie wczorajszych truskawek. Spanie i myślenie o zgubnych nałogach.

I tyle.

A Wam jak minął Światowy Dzień Przytulania?

środa, 23 czerwca 2010

Lęki

A., która pięknie śpiewa była u mnie dziś, by podzielić się lękami.

Czeka ją lot przez wszystkie możliwe lądy i morza.
I wiecie, jak to jest, gdy się leci nad chmurami, samolotem trzęsie, zastanawiacie się, jak bardzo zwęglone będą Wasze ciała, gdy wreszcie spadnie... Norma.

Robiłam, co mogłam, by podnieść ją na duchu.
Żartowałam, że nadmucha kamizelkę i wybiegnie z samolotu przed wszystkimi mówiąc na odchodne swojemu mężowi "a nie mówiłam?!".
Życzyłam katastrofy dopiero w drodze powrotnej, by trochę na urlopie odpocząć.
I zapewniłam, że będę kultywować jej pamięć jako świetnie zapowiadającej się gwiazdy estrady.

No, może w pocieszaniu nie jestem najlepsza, ale hello, mam najpiękniejszego kota świata i czereśnie.

Dzięki Asiu, że znalazłaś czas w tym całym zamieszaniu i wciskaniu 23 kilo w jedną walizkę! Nic się nie bój, bo wszystko będzie ok :) Tylko pamiętaj o kamizelce.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Jak się integrowałam

Bo chociaż znamy się już ponad rok, to czemu nie mamy poznać się jeszcze lepiej? :)


Nad całością czuwała błogosławiona Bolesława Lament.

Bianka i jej stały rytuał.



Pamiętacie, jak człowiek był mały i strasznie głupi i zawsze leciał na koniec autokaru, żeby być jak najdalej "od pani", a potem mama waliła w szybę i krzyczała "nie siedź na kole, bo się porzygasz!"?
Pewne rzeczy się nie zmieniają :)


A na miejscu jak to na wyjeździe służbowym:

Konferencje...


Szkolenia...


I gry zespołowe.




I tymi rękoma zdobyłyśmy dwa punkty dla Gdańska i prawie wygraliśmy z Warszawą!
Bo integracja integracją, ale nasze i tak musi być na wierzchu ;)

czwartek, 17 czerwca 2010

Pewne rzeczy się nie zmienią.

Np. to, że jak co roku hoduję maciejkę.

I że moje zdjęcia wciąż wywołują jedynie politowanie.

A ona nie odstępuje mnie na krok.



I że zabiorę się za cokolwiek, byle tylko nie musieć się pakować na jutro :/

Gdzie Tylkowski?

No jak "gdzie", tu na mojej ścianie przecież, siedemnasty dzień już wisi!

I chociaż Rudzia twierdzi, że to niedobrze (choć użyła innego epitetu) dawać go w połowie miesiąca, to ja sobie jednak pozwolę, o:



Czerwiec jak czerwiec. Naprawdę.

Robię, co do mnie należy. To samo co Wy.
Latam do swojej siostry do Anglii ściskać mojego siostrzeńca, który jest mały, różowy i rozdarty. Jem truskawki, nektarynki, kabanosy i kopce kreta.
Całuję Pegaza, oglądam mecze bez dźwięku, czekam, aż Aga wróci, żeby złożyć jej życzenia urodzinowe.

Jak każdy normalny człowiek pracy jadę jutro na imprezę integracyjną w mazurskie knieje, żeby toczyć się w dużej gumowej kuli i spaść z quada (pod wpływem wezbranych emocji i dużego słońca).

Standardy.

Tak naprawdę to czekam na jesień, która wszystko odmieni :)

poniedziałek, 31 maja 2010

Nareszcie!

Już! Już jest! Coś, na co czekałam baaardzo długo i z wielką niecierpliwością!

Ma 3,6 kg i 52 cm.
Nazywa się Michał i jest pierwszym dzieckiem mojej siostry :)

Lecę do niego z Mamą w czwartek (:

A poza tym moi Drodzy są już polskie truskawki! Przyznać się, kto już ma za sobą pierwsze truskawkowe zatrucie?;)

sobota, 29 maja 2010

Juwena, juwenus, juwenum, juwenalia.

Bo kto by patrzył w metrykę, gdy chodzi o KULT, na którego koncercie byłyśmy z Kasią - co widać wyraźnie na zdjęciach.



Chociaż wśród zgromadzonych tylko Kazik Staszewski był starszy od nas, to zabawa była przednia!


A jak już o tym panu, to...

Dał mi autograf! :D


A to, że białym markerem na białej plakietce, to kompletnie nie ma znaczenia :) Autograf jest i każdemu, kto spróbuje to zakwestionować, pokażę tę plakietkę w ultrafiolecie.


A jutro HEY! :)

czwartek, 27 maja 2010

Mama's day

Jako córka roku postanowiłam zrobić Mamie niespodziankę i zaskoczyć ją swoją wizytą.

Gdy już wylądowałam w E. z bukietem kwiatów w ręku (swoją drogą pierwszy raz w życiu zobaczyłam zielone kwiaty), zadzwoniłam do Mamy i okazało się, że właśnie była w drodze na działkę i wjechała rowerem na najwyższą górę na świecie. No cóż, musiała szybko wrócić, bo byłam głodna :)


Po okrzykach radości i niedowierzania zjadłyśmy rybę, makaron z truskawkami, ciastka, winogrona i kiełbasę, napiłyśmy się piwa i obejrzałyśmy w piżamach "You Can Dance".

Nie może zatem dziwić mój apel - zrobić więcej takich dni!


piątek, 21 maja 2010

Pokonamy falę

Biedny Pegaz unosi się teraz na falach wielkiej powodzi.

A to wielka szkoda, bo właśnie ma urodziny :)

Tak wiem, z pewnością zastanawiacie się teraz, czego mu życzyć, bo czego takiego może potrzebować ktoś, kto ma mnie... rozumiem to.

I już Wam mówię!

Pegazowi z pewnością poza PlayStation 3 przydadzą się życzenia powodzenia, bo na ten rok ma całkiem srogie plany.



:)

poniedziałek, 10 maja 2010

Indianin w Paryżu. Iga w Łodzi, post patriotyczny.



Jasne.
Można by się było chwalić. Że Łódź, że tydzień mody, że kamera i mikrofon i kartka z napisem PRESS.
Ale trudno tu udawać czołową polską reporterkę, bo dobrze mnie znacie i nie zdziwi Was np. to, że podczas jednego z pokazów nie zrobiłam ani jednego zdjęcia, bo zapomniałam włożyć baterię do aparatu.

W Łodzi (mieście pięknych, studenckich lat Sową) byłam po raz pierwszy. Mimo, że byłam na obcej (choć obiecanej) ziemi to postanowiłam pozostać sobą.
Od razu zaprzyjaźniłam się więc z panem Zdzisławem taksówkarzem, który opowiadał mi sprośne dowcipy o sprzedawcach ziemniaków i zakosiłam z hotelu małe buteleczki z szamponem i żelem dla Pegaza. Bo klasy się po prosu nie da wyzbyć.


Relacja z moich dziennikarskich dokonań, o których mówić będą pokolenia, znajduje się zupełnie gdzie indziej, ale muszę tu chociaż napomknąć o tym, jakie to jest fantastyczne miasto. Gdy zobaczyłam przedwojenne fabryki z witrażami, kotłami, zegarami, hakami, dźwigami, w których normalnie odbywały się pokazy, impreza i koncert, to odpadłam.


Wszystko pięknie, jednak po codziennym patrzeniu na modelki, projektantki, stylistów i ludzi z tzw. branży, jakkolwiek pod tymi fantazyjnymi grzywkami, kośćmi policzkowymi i dziwnymi ubraniami z pewnością są sympatyczne osoby, to bardzo potrzebowałam powrotu do mojej ukochanej rzeczywistości w Gdańsku.

Więc, gdy przyjechałam Sh. zawiózł mnie do Maca. I opowiedział mi o tym, jak wkręcił sobie na Iron Manie w kinie, że współodczuwa z bohaterami filmu i tak się wzruszył, że napisał do rodziców smsa: "kocham was". Od rana dzwonili do niego, a jak w końcu odebrał, to jego Mama powiedziała: "myśleliśmy, że popełniłeś samobójstwo!". Myślałam, że umrę ze śmiechu.

ALE!

Co tam tydzień mody w Łodzi! Do Maca wróciły kręcone frytki!

wtorek, 4 maja 2010

Cuda wianki i grill

Deszcze, wiatry i inne burze były na południu kraju dość oczywiste - w końcu jechałam na majówkę do Pegaza.

Kto by się jednak przejmował aurą, w takim pięknym stanie :)
(tak czytam to siódmy raz i za każdym razem coraz bardziej wydaje mi się, że można pomyśleć, że jestem w ciąży)
(nie jestem)
(chodzi o inny stan)


Tu Pegaz okazuje mi miłość, ale A., która pięknie śpiewa mówi, że to wygląda, jakbym całowała się z lamą.

Tu czynię wianek :]

Wciąż czynię wianek.


Z serii: "Dobre zdjęcia makro. Rozdział: jak ich nie robić"

A tu na zlocie ludzi, którym wydaje się, że są rycerzami i mają śmieszne brody.

A to gniazdo bocianie na grillu to nowatorski sposób jego rozpalania.
Powiecie: nonsens! Tak nie da się rozpalić grilla!

I no cóż, trudno mi się z Wami nie zgodzić :)

piątek, 30 kwietnia 2010

Maj


Jaki maj? - spytacie.

A ja Wam mówię, że maj, bo zaraz wsiadam do pociągu i jak dojadę do Pegaza, to będzie już maj :)


Udanego weekendu!

czwartek, 29 kwietnia 2010

Wiosna

Gdański ZKM tradycyjnie już rozpoczął tę piękną porę roku włączeniem ogrzewania w tramwajach.

A Bianka już zabiła (i nie do końca zjadła) pierwszego pająka.

Równie pięknym otwarcie wiosny byłoby trafienie dziś szóstki w Lotku, bo jest kumulacja.

I tu pytanie do Was:

Czy koty mogą pływać na jachtach?

Rzeczy, których nigdy nie usłyszysz od faceta



Zdecydowanie ta niebieska! Ładnie podkreśla brzoskwiniowy odcień twojej skóry

Mój psychoterapeuta mówi, że nie zaspokajasz moich potrzeb emocjonalnych

Oszalałaś? Chcesz zmywać? Przecież teraz moja kolej!

Czasem sam się zastanawiam, co ty we mnie widzisz?

Piorę kolory, masz coś do wrzucenia?

Masz rację, to moja wina

niedziela, 25 kwietnia 2010

Gabi

Są po prostu takie emocje i myśli, które nie nadają się na bloga.
Dlatego czasem się milczy, by wreszcie się przełamać i napisać o czym innym.

I tak np. na mojego zielonego bloga zawitała słodsza niż worek cukru Gabi, mała shih-tsu, która zamieszkała u Kiwi i Christofera w Toruniu.

I cytując świeżą posiadaczkę psa "sra im wszędzie" :)

czwartek, 8 kwietnia 2010

Otwarcie

Zapomniałam otworzyć kwiecień, który sobie taki nieotwarty trwa w najlepsze już dobre 8 dni.
Żeby wszystko było, jak należy, kwietniowy Tylkowski:



Może i jestem formalistką. Ale uważam, że jak już cokolwiek otwierać i ogłaszać, to porządnie.
Kwiecień bez hucznych obchodów po prostu się nie liczy.

Dlatego wraz z Patrikosem i Bianką zrobiliśmy dziś oficjalne otwarcie sezonu balkonowego.
Oczywiście z czystego poczucia obowiązku i dla spokoju sumienia.


Od razu człowiekowi jakoś tak lżej.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Cały świat przeciwko mnie

Słowo daję, cały świat jest przeciwko mnie.


Zawsze, gdy wybieram się na fitless, żywię nadzieję, (bo w końcu sto razy fajniej jest żywić nadzieję, niż ją po prostu mieć) że coś się stanie i fitlessu nie będzie.
Zatem może nagły pożar wywołany przez zbyt wysoką temperaturę w solarium w klubie strawi większą salę do aerobiku i połowę karimat.
Albo oliwscy separatyści przejmą tramwaj, którym jadę i pertraktacje będą trwać do 22, czyli godziny zamknięcia klubu.
Kto wie, mogę też przecież znaleźć małe niemowlę w krzakach po drodze, które okaże się zaginionym dzieckiem niezwykle bogatych i równie hojnych młodych ludzi, którym zdarzyło się zgubić dziecko.

To wszystko przecież może się wydarzyć.
Ale nigdy się nie wydarzyło :|


Jakiś czas temu przestałam żywić nadzieję, niestety jednak nie przestałam żywić samej siebie. Co w efekcie spowodowało, że wyglądam mniej więcej tak:




A właściwie to tak:


Postanowiłam się jednak wziąć w garść, aby lato powitać w ciele bogini, której Pegaz będzie chciał dać swoje nazwisko, a wydawcy miejsce na okładkach.

Muszę Wam też powiedzieć, że nabrałam nawet trochę ochoty na ten fitless i odrobinę ruchu.
To zawsze przecież jakaś rozrywka w moim życiu pełnym komputera i sierści Bianki.

Pakuję więc dzisiaj te buty i ciuchy. Wyruszam w wielką podróż tramwajem.
Wbijam się w swój uniform pt. "fitness? fitness to moje drugie imię" i ochoczo kieruję się na salę, gdzie pan mówi nam wszystkim, że zajęć dziś nie ma.

I tak o.
Siedzę odgarniam sierść Bianki z monitora i wzdycham.
Cały świat jest przeciwko mnie.

sobota, 3 kwietnia 2010

Kwiecień czyli historia pewnego żartu

Chociaż nie uważam się za osobę szczególnie lotną, to zdarzają mi się momenty chwały, gdy to wpadam na świetny pomysł.

Tak jak 1. kwietnia.
Siedziałam w pracy przy komputerze i nagle stało się. Wpadłam na świetny pomysł.

W ramach prima aprilis postanowiłam na swoim Facebooku napisać, że jestem zaręczona.


To, co zaczęło się dziać kilka sekund po tym, trochę mnie przerosło.
Wieść o tym, że wejdę w ten jakże radosny i piękny stan cywilny przedrozwodowy poniosła się aż za Ocean.
Zaręczona pobyłam przez jeden dzień i muszę Wam powiedzieć, że nie jest to takie najgorsze uczucie, polecam.
I pozdrawiam Adama vel. "patrząc na twoje doświadczenie mogłem uwierzyć, że to nie był prima aprilis".


Było nie było, przyszły Święta.

We dwie z Mamą walczymy z tą Wielkanocą.



I idzie nam całkiem nieźle.


Wesołych Świąt Kochani!

poniedziałek, 22 marca 2010

Sh. ma kota

Od soboty Sh. ma kota.


Chuck nie może pić mleka, bo Sh. ma potem sprzątanie w kuchni,
lubi bawić się sznurkiem,
nie reaguje na kici-kici,
nie ma jednej łapki,
gania za czerwoną kropką od lasera,


więc powiecie, że to zwykły kot, jakich jest tysiące


no ale w ilu kotach można zakochać się tak od razu?

czwartek, 18 marca 2010

Gdy Pegaz wyjeżdża

Gdy Pegaz wyjeżdża ode mnie, najgorszy nie jest sam moment jego wyjazdu, tylko moment mojego powrotu do domu, w którym go nie ma.


Gdy chowam jego ręcznik i kapcie.



Albo gdy widzę nasze kubki.


Wtedy czasem pomagają plany na niedaleką przyszłość.

Albo czekolada.


I Garfield.




A czasem nie pomaga nic.