niedziela, 7 grudnia 2008

List tygodnia z ostatnich "Wysokich Obcasów"

"Powiem Wam, jacy są naprawdę ci wspaniali mężczyźni. W piątkowe popołudnie w największym możliwym tłoku robiłam zakupy. Podeszłam do lady z wędlinami i... przeżyłam szok na widok dorodnej kolejki. Moje niezadowolenie musiało być widoczne, bo jeden ze stojących panów uśmiechnął się na widok mojej miny i z wdziękiem odsunął swój wózek, zachęcając, abym stanęła w kolejce przed nim. Miałam do wyboru albo przejść na wegetarianizm, albo skorzystać z zaproszenia. Miłego zaproszenia. Pan uśmiechnął się, cierpliwie ruchem głowy zapraszając mnie ponownie. Skorzystałam z grzeczności, zostawiłam koszyk pod jego opieką i poszłam po płatki śniadaniowe.
Po dokonanym zakupie pięknie się uśmiechnęłam i jeszcze raz podziękowałam. On także. I jeszcze życzył mi wszystkiego najlepszego. Powędrowałam w stronę pieczywa. "Pan" obok wybierał bułki. Powędrowałam do lodówek z jogurtami. "Pan" także okazał się fanem Jogobelli. Przy regałach z piwem sięgnęliśmy po tę samą butelkę Redd'sa. Tu już nie wytrzymałam i zagadnęłam wymownie:"To dla żony?". Zakłopotany zeznał: "Niestety tak" i nasze drogi się rozeszły, jednak nie na długo. Spotkaliśmy się w kolejce do kasy. Tu kontynuowaliśmy rozmowę o tym, jaki on dzielny, że zakupy robi, i jak tej nieszczęśliwie posiadanej żonie pomaga. Przy wykładanych na taśmę danonkach rezolutnie zauważyłam, że z pewnością musi mieć małe dzieci. Z dumą potwierdził. I już w następnym zdaniu (chyba jako logiczna konsekwencja) zapytał, czy nie pójdę z nim na kawę. Wyraziłam wątpliwość, czy spodobałoby się to żonie i dzieciom. Zignorował moją uszczypliwość i kontynuował autoprezentację: że mieszka niedaleko, że nigdy mnie tu nie widział, boby zapamiętał, i że kawa nic nie znaczy. Uśmiechnęłam się wieloznacznie i poszłam z wózkiem na parking. Wyjeżdżając z parkingu, zobaczyłam, jak stoi w mroku i deszczu, uważnie obserwując wyjeżdżające samochody. Gdy dostrzegł mnie za kierownicą, podszedł i zapukał w okno. Podał mi swoją wizytówkę i powiedział, że będzie czekał na kontakt!
Żona wysłała faceta do sklepu, a ten przy okazji przy okazji próbował umówić się na randkę z pierwszy raz na oczy widzianą kobietą! Kompleksowo podszedł do zaspokajania swoich potrzeb konsumpcyjnych - karczek wieprzowy (na oko kilogram) i potencjalna kochanka (na oko 60 kg). Za jednym zamachem w jednym supermarkecie. I weź tu wyślij faceta po zakupy. Świat się kończy? Czy jednak nie, bo gatunek nie wymrze przecież w takich okolicznościach!

Zdruzgotana Iwona."

to ja lecę dziś do Lidla!

5 komentarzy:

Ellinael pisze...

Lidl jest tani

Iga pisze...

Lidl ceni jakość.

sowisko pisze...

W lidlu są szwajcarskie cukierki czekoladowe, za które jestem w stanie zabić.

Iga pisze...

I czerwona półsłodka Bodega za 5,99.

axelle21 pisze...

dobra ta opowieść o podrywie w sklepie :) ja nie jestem jednak pewna, czy to się często zdarza... buźka dla najwytrwalszej znanej mi bloggerki.