Dzisiaj zrobiłyśmy tam z Bianką kontrolę.
Okazało się, że coś tam nawet będzie kwitło.
I pierwszy bordowy listek na żywopłocie. A wszyscy wiemy, co to oznacza, prawda?

Weekend w E. jak zwykle pracowity.
Robiłyśmy malowanie, podlewałyśmy ogródek, paliłyśmy ognisko, wydałyśmy wszystkie pieniądze na ciuchy, ćwiczyłyśmy jogę, aż coś mi strzeliło w krzyżu, oglądałyśmy Dodę z Nergalem w Sopocie i zrobiłyśmy górę naleśników.
A potem zasłużony odpoczynek.
I wróciłam do Bianki.
A Kasia Wilk na festiwalu była genialna. Nawet z tym kapciem z gipsu.
I oboje stwierdziliśmy, że przecież nie lubimy ryby i zjedliśmy normalną szamę, która kosztowała połowę naszych pensji.
I storczyk znowu mi zakwitł.
Od NFZ, pizzerii Planeta, Leclerca, producenta okien i pięknej A. wprost znad jakiegoś jeziora za granicą!
Tak, nadal nie mam aparatu i będę Was raczyć takimi fotami.
Ja w tym czasie przeglądałam katalogi w poszukiwaniu wzoru dla siebie.
A tak to o.
Mama i Bianka w jednym poście. Tak.


Nie mam jeszcze od nikogo zdjęć z wesela, tylko parę swoich robionych moim telefonem, którego zazdroszczą mi najlepsi fotografowie National Geographic.
Było całe mnóstwo szamy, najedliśmy się jak dzikie bąki.
Było całe mnóstwo picia.
No i co było robić. Nie mieliśmy wyjścia. Popłynęliśmy z Pegazem rowerem wodnym na środek jeziora.

Dziś przyszłam do Pięknej A., żeby zjeść resztę tortu i wypić całe wino, które zostało.