środa, 29 lipca 2009

Byłam w szpitalu

Byłam dziś u Sh. w szpitalu.
W przeddzień jego wyjścia do domu, żeby potem nie mówił, że go ani razu nie odwiedziłam.


Gdy dowiedział się, że nic mu nie przyniosłam, to specjalnie na mnie nakaszlał. Ale potem oddał mi swoją czekoladę i biszkopty.

Ostatnie dni upływają pod znakiem oczekiwania na ślub Pięknej A., która pewnie teraz w panice dryfuje gdzieś na tratwie po Bałtyku, bo nie odzywa się od tygodnia.

I jeszcze... największy arbuz świata!


5 komentarzy:

sowisko pisze...

Nienawidzę szpitali; moja rodzina i koledzy wiedzą, że byliby świniami, jakby tam trafili i musiałabym ich tam odwiedzać.

zgaga pisze...

A czy ten arbuz jest aby zgodny z wymogami UE? Taki podługowaty jakiś....

Sh. pisze...

(cough)

Neskavka pisze...

No właśnie Zgago!
To jest chyba jakiś efekt uboczny zamierzonej ingerencj sił wyższych!

Kasiaka pisze...

szpitale są dziwne, nieswojo się tam czuję i nie wiem, co ze sobą zrobić, pocieszać chorego, zachowywać się spokojnie czy naturalnie czy co...
Iga,chabrowe rurki masz?;)